Język do wyboru

dzikajablon234

Czasem w porę nie pochwycimy szansy na to jak naprawdę chcieliśmy się wyrazić. Kiedy intencja rozmija się z rezultatem. Zapominamy, że możliwe są do wyboru różne scenariusze. Że w ogóle mamy jakiś wybór. Że jest język, który można używać i język, którego można nie używać. Nie pamiętamy, bo akurat ta myśl, że sposób komunikacji ma wielki potencjał, wyleci z głowy i w jakiejś sytuacji zadziałamy nawykowo, bez namysłu właśnie. Bo może nam się spieszy, bo chcemy mieć szybko efekt, bo nie jesteśmy sobą, bo nie jesteśmy tu i teraz w tej sytuacji, tylko gdzieś obok, bo dziecko denerwuje, bo sytuacja niebezpieczna i nerwy puszczają… Wtedy się nie myśli, że można powiedzieć inaczej. I że jak obcy dzieciak trzęsie z całych sił drabinką, po której akurat wspina się córka, można po prostu wycedzić przez zęby: Nie trzęś tą drabinką!

Kilka dni temu była taka sytuacja na placu zabaw. Zwyczajna, ale zarazem inspirująca. Chłopiec był wyraźnie starszy. Milo wspinała się z przejęciem. A on miał chyba wielką ochotę jej podokuczać. Albo po prostu rozpierała go energia. Widząc jak potrząsa drabinką, podeszłam do nich. Mogłam go ofuknąć w trosce o bezpieczeństwo córki, polecieć w zakaz, jakich pełno słyszę na placach zabaw: Nie syp piaskiem! Nie właź tam! Nie rzucaj łopatką! Coś mnie tknęło, żeby bez negacji podejść, mimo wszystko. Ja w ogóle za bardzo czasem wierzę w siłę sprawczą tłumaczenia i rozmowy :) Czasem nieźle za taką postawę dostaję od życia. No, ale było tak, że popatrzyłam na chłopaka i… zobaczyłam w nim fajnego urwisa, z błyskiem w oku. Może wtedy właśnie zmieniło się moje nastawienie, nie wiem, ale dalej poszło gładko:

Posłuchaj, jak tak trzęsiesz tą drabinką, to mojej córce jest o wiele trudniej wchodzić. Zatrzymał się i popatrzył na mnie z uwagą. Ciągnę wątek.
Ty pewnie już bardzo dobrze radzisz sobie ze wspinaniem, ale Milo dziś dopiero ćwiczy na tej wysokiej drabince i bardzo jej zależy, żeby przejść na drugą stronę. Ona się uczy, wiesz? Razem obserwowaliśmy Milo z zadartymi głowami.
Ile masz lat?
Sześć.
To ty jesteś duży chłopak, starszy od mojej córki!
A ona ile ma?
Prawie cztery.
Acha.

Wróciłam do koleżanki. Chłopak najpierw kibicował Milo we wspinaczce, a po chwili zmontowali ekipę jeszcze z dwoma chłopcami i bawili się wszyscy razem, wybuchając co chwila śmiechem.

dzikajablon235

Tak sobie rozmyślałam.
Każda sytuacja ma potencjał.
Od nas zależy jak ją rozegramy.
Co z niej weźmiemy.
I co damy w zamian.
Język wpływa na rzeczywistość.
Na relację z małym człowiekiem :)

Po prostu ja

dzikajablon195

Komplementy, uwagi, dobre rady :) Kto z nas ich nie słyszy od czasu do czasu z ust życzliwych cioć, koleżanek i obcych osób! Nie mam nic przeciwko, wszystko zależy od sytuacji, intencji i konsekwencji. Na ogół, o ile słowa nie przekraczają granic moich czy mojego dziecka, reaguję na nie z „miłym uśmiechem”. Czasem jednak sytuacja wymyka się spod kontroli :) Kiedyś podczas podróży pociągiem jedna z pasażerek wykazała się tak śmiałą akrobatyką oraz imponującymi „dobrymi chęciami”, że, zanim zdążyłam się zorientować, przechyliła się o trzy siedzenia i podetknęła mojej córce pod nos pyszną czekoladkę, którą zapewne, tak z miłości do małego bliźniego, chciała się spontanicznie podzielić. Osłupiałam, głównie dlatego, że nie zostałam wzięta pod uwagę jako rodzic ani zapytana o zgodę. Następnie, aby pozostać w zgodzie ze sobą, odmówiłam.

Zdarza się, że na spacerach zaczepiają nas starsze panie, na tyle wylewne, by podzielić się swoimi uwagami na temat fryzury czy wyglądu mojej córki, sposobu poruszania się, zabawy w błotnistej kałuży, która przypomniała im ich własne dzieciństwo, hulajnogi, sukienki czy uśmiechu. Dyskretnie obserwuję zaczepioną córkę i za każdym razem odnoszę wrażenie, że Milo nie przypadają zbytnio do gustu te parkowe konwersacje. Robi groźną, odpychającą minę, krzywi się, marszczy brwi i czoło, wydyma usta, odwraca głowę, co jest zupełnie śmieszne w w jej wykonaniu. Później już, gdy pytam ją czy nie spodobało jej się, jak pani powiedziała, że chodzi jak baletnica i chyba będzie tancerką, albo jest kolorowa jak wróżka, nadąsana i zezłoszczona wyjaśnia: Nie. Nie jestem żadną tancerką. Jestem sobą! To ja, po prostu ja!

Wygląda na to, że w postrzeganiu siebie córka jest najbardziej przywiązana do swego imienia, jakby w nim upatrując źródła i definicji tożsamości, a wszelkie odstępstwa od tej podstawowej samoidentyfikacji drażnią ją niezmiernie. Ale co tam! Spoglądam na Milo z zachwytem i, zupełnie jak miłe staruszki z parku, lubię się pozastanawiać na kogo wyrośnie w przyszłości ten piękny mały człowiek…

Wrony z malinami

dzika_deser

Dziś o tym jak doprawiam NVC szczyptą humoru i to u nas działa. Porozumienie bez Przemocy, zwane też Komunikacją bez Przemocy ma obecnie coraz więcej zwolenników. Spotykam jednak też takich, którzy szczerze wątpią w sens tej metody i wskazują niedociągnięcia w postawie propagowanej przez Marshalla Rosenberga. A przynajmniej wyrażają otwarcie swoje wątpliwości i obawy.

Wypada w skrócie wspomnieć, że według tej metody język jakim się porozumiewamy z dzieckiem (oraz innymi ludźmi z naszego otoczenia) jest pełen szacunku wobec potrzeb drugiej osoby. W efekcie nie sięgając po przemoc słowną, nie naruszamy integralności dziecka, jego poczucia bezpieczeństwa. Nie stosujemy szantażu. Nie straszymy karą. Nie motywujemy nagrodą. Nie czynimy dziecka odpowiedzialnym za nasze emocje. Natomiast wspieramy je w radzeniu sobie z trudnymi emocjami (np. złość, gniew). Tłumaczymy swoje intencje i staramy się zrozumieć intencje dziecka oraz potrzeby jakie kryją się za konkretnymi emocjami. Poszukujemy porozumienia w rozmowie i sytuacjach konfliktowych. Przede wszystkim zaś szukamy balansu w zaspokajaniu potrzeb dziecka i dbaniu o swoje własne potrzeby, dążąc do tego, by granice obu stron były uszanowane.

No dobrze, a co na to życie? Z jednej strony eksperci, niekiedy dość autorytarnie, instruują jakie wyrażenia stosować (zgodne z duchem NVC), a jakich zwrotów nie używać w rozmowie z dzieckiem. Z drugiej – rodzice się krzywią, że proponowany opisowy język jest nie dość adekwatny do sytuacji, sformułowania przydługie i nudne. Nie chcą tworzyć elaboratów, rozmawiając ze swoim dzieckiem. Trochę ich rozumiem. Choć nie do końca się zgodzę z traktowaniem eksperckich wskazówek jako wymóg. Tak sobie myślę, że rozumiejąc i czując ducha NVC, możemy intuicyjnie i świadomie zarazem modyfikować i adaptować do własnych potrzeb język bez przemocy. I jestem pewna, że każdy rodzic załatwia to po swojemu.

Osobiście nie mam nic przeciwko takiej rozmowie z córką, w której zajmuje nam trochę więcej czasu dojście do tego, co która z nas ma na myśli, na czym jej najbardziej w danym momencie zależy i czego naprawdę potrzebuje. Jeśli sytuacja tego wymaga, komunikat rodzicielski skraca się do minimum. Jednak jeśli zależy mi na tym, abyśmy dobrze się zrozumiały, nie sfrustrowały się obie i ominęły awanturę, abym nie podniosła głosu, etc. podejmuję tę słowną „batalię” ku porozumieniu. Nawet jeśli w ekstremalnych przypadkach przeciąga się do 40 minut. Przesadzam? :)

Zazwyczaj NVC w moim wydaniu działa. Czasem jednak sięgam po atrakcyjny składnik o wielkiej, decydującej sile, która natychmiast zmienia smak całej potrawy. Poczucie humoru!!! Tak się składa, że moje dziecko uwielbia się śmiać i ma wielkie poczucie humoru, z wielu sytuacji „na krawędzi załamania nerwowego” (matki) udaje nam się wyjść cało. Na koniec rozbrzmiewa perlisty śmiech córeczki, a ja oddycham z ulgą.

Przykład. Wracamy do domu. Mam w torbie kupione maliny. Milo koniecznie chce zjeść je teraz, niecierpliwi się i dobiera się do siatki, a ja chcę najpierw je umyć i przygotować w domu deser. NVC doprawione sporą dawką humoru:
–  Chcę teraz! Daj malinki! Jestem głodna!
– Widzę, że bardzo się niecierpliwisz, chciałabyś już je zjeść.
– Tak, mamo, jestem głodna, chce mi się jeść. Mój brzuszek burczy z głodu…
– Rozumiem cię, tak bardzo chce ci się jeść. Jesteśmy już blisko domu, zaraz będziesz mogła jeść.
– Nie, nie wytrzymam, nie dojdę do domu. Chcę teraz!
– Malinki w torbie są brudne ze sklepu. Najpierw je umyjemy i wtedy będziesz mogła zjeść…
– Nie! (Jesteśmy 4 minuty od domu, a widzę, że buzia w ciup i zaraz będzie wrzask i krokodyle łzy…)
– Wiesz, ja też jestem głodna i mam straszną ochotę zjeść malinowy deser. A co ty na to, że przyspieszymy kroku i szybko pójdziemy do domu zjeść maliny, żeby te wrony pod drzewem nas nie dogoniły?
– Chcą nam zabrać maliny? Mamo, a wrony lubią maliny?
– Pewnie, też by chciały taki deser. A co, jakby zabrały nam pudełko i wydziobały z niego wszystkie piękne maliny tymi wielkimi dziobami? (I pokazuję to dziobanie potrząsając głową, na co Milo reaguje śmiechem do rozpuku, i od tej chwili już chichoczemy obie).
– Uciekajcie wroniska, to nasze malinki! Mamo, chodź pobiegniemy szybko do domu :)

Uff. Znowu się udało.